You are currently viewing MARZANNA

MARZANNA

W sobotni poranek tydzień przed oficjalnym dniem wiosny, tuż po tym jak obudziło mnie słońce, zaglądające przez szczelinę między okienną ramą a zaciemniającymi żaluzjami, wstałam, ubrałam się, wsadziłam w kieszeń bluzy nożyk i sznurek, zawołałam psa i poszłam.

Poszłam pod las, tam gdzie bujały się delikatnie od wiatru, zimowe suche wysokie trawy. Po drodze podniosłam z ziemi dwa kije, złożyłam z nich kształt krzyża i związałam sznurkiem. Położyłam konstrukcję na suchej jeszcze od zimy łące i zaczęłam zrywać wysokie łany trawy, kalecząc sobie wskazujący palec.

– To nic, to nic – szeptałam pod nosem i zrywałam dalej, zrywałam aby nazrywać tyle ile potrzeba dla złożenia tegorocznej Marzanny.

Ułożyłam trawę wzdłuż dłuższego kija i przywiązałam sznurkiem. Potem dorobiłam ręce, sterczące w poprzek tułowia, rozłożone szeroko jakby nie miały nic do ukrycia i na wszystko były gotowe. Włosy stworzyły się same z miękkich wiechci na końcu każdego źdźbła.

Schowałam nóż, zawinęłam resztę sznurka i wcisnęłam z powrotem do kieszeni. Rozsznurowałam buty i zdjęłam je a potem skarpetki ściągnęłam ze stóp i wsunęłam w buty, żeby nie wypadły. Marzannę przerzuciłam przez ramię i obie ruszyłyśmy w las.

Szłyśmy ścieżkami, którymi chodziłam przez całą zimę. Szłyśmy a ja pokazywałam jej gdzie stawiałam stopy, o czym rozmyślałam. Przemierzałyśmy ścieżki, na które lałam łzy i miejsca, w których krzyczałam gdy już nie mogłam znieść samej siebie. Pokazywałam jej palcem przewrócone kłody, dzięki którym odkrywałam jak zmienia się mój sposób pokonywania przeszkód, zatrzymywałam ją na skrzyżowaniach i zakrętach, dzieląc się moim sposobem wyboru ścieżek i odkryciem, że jest jeszcze kilka takich, którymi nigdy nie poszłam, choć je widziałam i wiedziałam, że są. Opowiadałam jej o moim zimowaniu, o wyjątkowo trudnym czasie, który gdy tylko próbowałam wyskoczyć za daleko od domu, to zawracał mnie z impetem i kazał siedzieć, czekać i czuć, kazał poczuć wszystko do dna, do cna, do kości.

–  Chodź – szeptałam do niej – chodź, już czas, czas spojrzeć na wszystko, poczuć raz jeszcze, ale i ty poczuj moja Marzanno, zabierz to wszystko, wchłoń, wessij wdechem i trzymaj, bo ja już nie mogę, bo ja już nie dźwigam, bo ja odpuszczam, puszczam, wydycham, oddaję tobie, by zrobić miejsce na oddech wiosny.

Oddałam jej wszystko co zima mi pokazała, co zima mi dała i czym mnie przytłoczyła. Oddałam osiąganie celów i dążenie, oddałam uparte wędrowanie w głąb siebie chodź już głębiej się nie dało, oddałam mój upór i moje czasem bycie najmądrzejszą na świecie, oddałam łzy samotności gdy nie dawałam sobie zgody by wypłakać je przy boku przyjaciółki, zwątpienie oddałam, porównywanie się do tych, którzy niezmiennie idealni w social mediach wiedzą lepiej ode mnie co się składa na szczęście człowieka.

Ale najbardziej i najwięcej do oddania miałam strachu. Strachu mojego własnego o to czy wystarczę by być żoną, matką , przyjaciółką. Strachu o tych, których kocham, czy wytrwają przy mnie i przy sobie abyśmy mogli razem być we wspólnej przestrzeni relacji. Strachu o pracę, o to co będzie i jak się mają moi pacjenci, czy przypadkiem nie jest im gorzej niż lepiej. Strachu o tych, o których mówią w wiadomościach, którzy żyć powinni a umierają, bo ktoś o coś walczy i uważa, że warte jest to nie jego ale życie innego człowieka. Strachu o matkę ziemię, wykorzystywaną i plądrowaną zamiast z szacunkiem i dziękczynieniem oddawać jej wdzięczność, za to że zechciała być domem dla ludzkich istnień.

Strachu ulokowałam w niej najwięcej i choć oddawałam jej go krok za krokiem, to wciąż jeszcze we mnie się tlił gdy sadzałam Marzannę na tylnym siedzeniu samochodu by pojechać z nią nad rzekę. Strach był o to, że pasy ma nie zapięte, że nabałaganiła w samochodzie, zostawiając połamane kawałki suchej trawy, ze strachem niosłam ją na ramieniu sprawdzając skąd będzie dobrze ją wrzucić w nurt rzeki, strach towarzyszył mi gdy na ostrogach siedzieli wędkarze i czuć było zapach smażonej na kiju kiełbasy, strach gdy wyciągnęłam zapalniczkę by podpalić jej włosy i wrzucić do rzeki.

Ze śladem na ramieniu odciśniętym od strachu Marzanny, cisnęłam palącą się kukłę w toń wody i patrzyłam jak znika za pierwszą napotkaną ostrogą. Myślałam, że utknie, zahaczy o trawy i zatrzyma się wciąż pozostawiając siebie ze wszystkim dostępnym dla moich oczu, żebym nie mogła poczuć satysfakcji z tego, że porzuciłam rytualnie zimę.

Pobiegłam wzdłuż rzeki, pędziłam co sił, aż w końcu zobaczyłam ją, płonącą na środku rzeki, a nurt pilnował by nigdzie ze swej drogi nie zboczyła.

Patrzyłam na nią. Usiadłam na brzegu a młode pokrzywy parzyły mnie w tyłek. Czekałam aż zniknie mi z oczu. Zniknęła. Zniknęła. A ja zostałam. Do wiosny. Zostałam. 

Dodaj komentarz